^

Robert Kubica - Klub Kibiców

środa, 3 Luty 2021

Kubica : Bardzo możliwe, że w tym roku będę robił mniej, niż w ubiegłym

W wywiadzie z Cezarym Gutowskim dla Przeglądu Sportowego, Robert Kubica wypowiedział się o minionym weekendzie na Daytona oraz swojej przyszłości. Przedstawiamy wybrane fragmenty wywiadu a całość do przeczytania w Przeglądzie Sportowym.

Fot. Motorsport.com

CG : W 24-godzinnym wyścigu w Daytonie pana zespół przejechał… dwie godziny, a pan ani sekundy. Co pan czuje? Złość, rozczarowanie?

RK : Nic nie czuję. Motorsport taki jest i tyle. Zdarzają się awarie. Także w wyścigach sprinterskich, które trwają godzinę, więc gdy startujesz w wyścigu długodystansowym to ryzyko się zwiększa.

Usterka może się wydarzyć po dziesięciu minutach jazdy albo na ostatnim okrążeniu, po 23 godzinach i 59 minutach jazdy. W tym sporcie tak jest.

Zaczęły się jednak znów dyskusje na temat pecha, który pana prześladuje…

Na to pytanie odpowiadałem już ze sto razy.

Czyli nie ma pecha w motorsporcie?

To zależy, co nazywamy pechem. Według mnie nie ma pecha w motorsporcie. Wszystko dzieje się z jakiejś przyczyny.

Niektóre możemy kontrolować, a niektóre są poza naszą kontrolą. Taka złośliwość rzeczy martwych. Taki jest ten sport. Według mnie to nie jest pech. Po prostu… życie.

Co was dokładnie zatrzymało?

Awaria skrzyni biegów. Przegrzała się. Z czego to wynikało, nie wiem

Fot. Paweł Hip Rally

Spędził pan w Stanach prawie dwa tygodnie. Nie pojechał pan w wyścigu, ale jeździł za to w treningach i pracował z zespołem. Czy udało się panu coś wyciągnąć dla siebie z tej eskapady?

Przesiadka do nowego auta nie jest dla mnie nowością. Parę razy już to robiłem w swojej karierze, więc priorytetem było tu przejechanie wyścigu, a nie treningi.

Przygotowania do weekendu to 10 procent tego, po co tu się znalazłem. Jakieś doświadczenie stąd wywiozę. Jakieś odczucia w tym aucie miałem, bo przejechałem parę okrążeń, ale prawdziwa zabawa zaczynała się o 15:40, wraz z zieloną flagą na start 24-godzinnego wyścigu i to był mój cel.

Jeśli chodzi o liczbę okrążeń w porównaniu z czasem tu spędzonym, to wygląda to trochę słabo (śmiech). Więcej kilometrów przejechałem na rowerze, a w każdym razie spędziłem na nim więcej czasu, jeżdżąc tu trzy razy w ciągu tych dziesięciu czy dwunastu dni.

To jest jednak jeden z elementów wyścigów długodystansowych. Owszem treningi są długie, bo trwają godzinę lub dłużej – podobnie, jak w wyścigach sprinterskich, ale w sprintach w samochodzie jesteś sam i więcej czasu spędzasz w aucie.

W długich dystansach jest nas kilku, więc priorytetem było doskonalenie całego pakietu, do którego zaliczają się także zespołowi partnerzy. Niektórzy na przykład mogą zyskać więcej, niż ja, jeśli pojeżdżą więcej i często właśnie to było priorytetem a nie moja jazda.

A jak się pan czuł w tym aucie?

Miałem dobre odczucia i byłem dość dobrze przygotowany. Wydaje mi się, że miałem wszystko pod kontrolą, jeśli chodzi o przygotowanie do wyścigu i to, jak on miał wyglądać w moim wykonaniu.

Niestety siły wyższe – nie pech – doprowadziły do takiego finału. W zasadzie to trzeci wyścig długodystansowy, do którego się zgłaszam i trzeci, który zakończył się awarią.

Może jednak wyścigi długodystansowe nie są dla mnie? Wyścigów długodystansowych jest w sezonie mniej niż sprintów, a w wyścigach sprinterskich w ubiegłym roku też mi się zdarzały awarie, na przykład w DTM.

Ale jeśli tych wyścigów jest więcej, to łatwiej zapomnieć o awariach, a jeśli ci się zdarzają na długim dystansie, to automatycznie bardziej zapada to w pamięć. Szczególnie, że w DTM były dwa wyścigi na jeden weekend, a rzadko się zdarzają awarie w obu, więc zawsze coś pozytywnego było.

Co innego w Daytonie… Sam nie wiem, co jest gorsze, czy awaria na początku, czy na samym końcu wyścigu. W każdym razie obie są trudne do przełknięcia, ale trudno. Taki jest motorsport.

Fot. Motorsport.com

To był pana debiut w tej konkretnej kategorii na tym torze, a jednak miałem wrażenie, że jest pan centralną postacią w zespole i wszyscy patrzyli na to, co pan robi i myśli.

Ja wiem… Umówmy się, High Class Racing to zespół raczej mały i nowy. Gdybym ja był właścicielem takiej ekipy i przyjechałby do mnie kierowca, który ma dość duże doświadczenie i jak by nie było spędził parę dobrych lat w Formule 1, to też bym próbował czegoś się od niego nauczyć.

Choć nie jest to łatwe. Styl pracy i organizacja w Formule 1 są na zupełnie innym poziomie. Czasami te dwie rzeczywistości stoją ze sobą w sprzeczności.

Potrzebny jest pewien kompromis. Tak czy inaczej High Class jest dość młodym teamem i bardzo długo jeździ z tą samą dwójką kierowców.

Obudowany jest wokół dwóch, trzech zawodników, więc gdy przychodzi ktoś z zewnątrz, to potrafi na pewne rzeczy spojrzeć z innej perspektywy.

To był pana pierwszy wyścig w USA, poza Formułą 1. Skąd pomysł, aby tu przyjechać?

Wieści o wyścigach w Daytonie obijały mi się o uszy od kilku sezonów, ale przez ostatnich lat w tym okresie miałem inne priorytety.

Nigdy wcześniej mnie tu nie było i w tym roku też tego nie planowałem, ponieważ poprzedni sezon zakończył się późno. Od lipca do grudnia było naprawdę dużo zajęć, dlatego powiedziałem sobie, że muszę odpocząć i muszę naładować baterie na ten rok, ale… wygrała pasja i chęć poznania czegoś nowego.

To one sprawiły że tu przyjechałem. Wiadomo oczywiście, że to jednorazowy start i myślę, że była to świetna okazja – co niestety nie wyszło – aby poznać wyścigi długodystansowe w boju w dobrej kategorii, z dobrymi partnerami.

Na co było was stać?

Myślę, że spokojnie mogliśmy tu walczyć o wygraną. Mieliśmy szansę. Nie byliśmy na straconej pozycji, a co do poprzedniego pytania – Daytona jest w dogodnym momencie, ponieważ w styczniu w Europie nic się nie dzieje.

Nie zakłóca harmonogramu innym cyklom szczególnie w tym roku. Dla mnie styczeń był dość spokojnym miesiącem.

Fot. Paweł Hip Rally

Ma pan już jakąś wizję tego, co będzie robił w tym roku sportowo?

Wizję to już mam od jakiegoś czasu, ale nie jest to łatwe do złożenia. Doświadczenie z ubiegłego roku i sytuacja, w której znalazł się cały świat nie ułatwia połączenia różnych programów.

Decyzje powinny już zapaść i zostały podjęte, ale zmiany kalendarzy i inne utrudnienia nie pozwoliły mi obrać pewnych kierunków, dlatego jest bardzo możliwe, że w tym roku będę robił mniej, niż w ubiegłym.

Ciężko podjąć pewne decyzje, gdy nie wiadomo do końca, jak będą wyglądały kalendarze wyścigów i jaka będzie sytuacja na świecie, a nie chcę się znaleźć w pozycji, gdy nagle będę musiał się znaleźć w ten sam weekend w trzech różnych miejscach.

A jeśli wszystko ułoży się dla pana optymalnie, to gdzie będzie się pan ścigał?

Tego jeszcze nie wiem. Miałem dość jasny kierunek, ale ubiegły sezon skończył się późno, a na pewne decyzje trzeba poczekać.

Wszystko musi się zgrać. Zgłoszenia do niektórych serii są już zamknięte, w innych wciąż są wolne miejsca. Niektóre (rozważane – przyp. red.) kategorie nie są moim priorytetem, więc zobaczymy, jak to wyjdzie. Na dziś nie obstawiałbym żadnego stuprocentowego kierunku.

Źródło : Przegląd Sportowy

KOMENTARZE KIBICÓW
Autor: Karolina
o 09:54

Udostępnij:

error: Content is protected !!